387, Prywatne, Przegląd prasy

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

O Kościele i papieżu – o. Roger Tomasz Calmel OP „Mój kraj mnie zranił” – tak napisał młody poeta w roku 1944, w czasie czystki[1],

gdy zwierzchnik państwa [Karol de Gaulle] nieugięcie prowadził złowieszcze zadanie, przygotowane ponad cztery lata wcześniej. Mój kraj mnie zranił – to nie jest coś, co chciałoby się ogłosić całemu światu. Jest to raczej sekret, o którym szepcze się samemu sobie z wielkim smutkiem, mimo wszystko próbując zachować nadzieję. Będąc w Hiszpanii w latach 50. XX wieku, zapamiętałem ogromną rezerwę, z jaką moi przyjaciele, niezależnie od swej przynależności politycznej, wypowiadali się na temat pewnych aspektów wojny domowej. Ich kraj ciągle ich ranił. Ale co począć, gdy nie jest to już tylko sprawa doczesnej ojczyzny, ale sprawa Kościoła – oczywiście nie samego w sobie, ponieważ pozostaje on zawsze święty i bez cienia błędu, tylko Kościoła reprezentowanego przez jego widzialną głowę; gdy jest to sprawa tego, kto obecnie dzierży prymat św. Piotra?[2]

Jak powinniśmy się do tego odnosić, jaki ton głosu należy przyjąć, gdy przyznamy się sami sobie w sekrecie: „Ach! Rzym mnie zranił!”? Niewątpliwie publikacje tzw. dobrej prasy nie przestaną nas informować, że w ciągu minionych 2000 lat Kościół nigdy nie miał tak wspaniałego pontyfikatu. Ale kto mógłby traktować poważnie te chóralne pieśni pochwalne establishmentu? Gdy obserwujemy, co jest nauczane i praktykowane w łonie Kościoła w czasie obecnego pontyfikatu, a raczej gdy obserwujemy, co w nauce i praktyce zostało zaniechane, oraz to, że legalna hierarchia kościelna, która mieni się prawdziwym Kościołem, nie wie, jak chrzcić dzieci, grzebać zmarłych, ważnie sprawować Mszę św., odpuszczać grzechy w czasie spowiedzi; gdy z przerażeniem widzimy rozprzestrzenianie się wpływów protestanckich niczym brudnej fali powodziowej, a najwyższa władza nie wydaje zdecydowanego rozkazu zamknięcia tamy; jednym słowem, gdy stajemy wobec tego, co się dzieje, musimy wręcz powiedzieć: „Ach! Rzym mnie zranił”. Wszyscy wiemy, że chodzi o coś innego niż grzeszność, w pewnym sensie prywatną, której dzierżawcy prymatu Piotrowego aż nazbyt często ulegali w historii. W tamtych przypadkach ich ofiary, mniej lub bardziej skrzywdzone, mogły się bronić względnie łatwo, zachowując większą czujność w zakresie osobistego uświęcenia. Musimy zawsze zważać na nasze uświęcenie. Jednakże – i to jest coś, czego nigdy w przeszłości nie widziano w takim stopniu – niegodziwość, na którą zezwala człowiek, który dzisiaj zajmuje tron Piotrowy, polega na tym, że porzuca się najważniejsze środki uświęcenia pod wpływem zręcznych manewrów innowatorów i dysydentów. Papież pozwala na systematyczne podkopywanie autorytetu słusznej doktryny, sakramentów i Mszy św. Stawia nas to w wielkim niebezpieczeństwie. Jeśli nawet uświęcenie dusz nie stało się całkowicie niemożliwe, to z pewnością jest o wiele trudniejsze – a przecież jednocześnie jego potrzeba jest o wiele bardziej nagląca. Czy jednak w tym niebezpiecznym i kluczowym momencie wciąż jest możliwe, by prosty wierny – mała owieczka z ogromnej trzody Jezusa Chrystusa i Jego wikariusza – nie stracił ducha, by nie padł łupem potwornego aparatu, który sukcesywnie zmusza do zmiany wiary, kultu, zwyczajów religijnych, pobożności – innymi słowy: do zmiany jego religii? Ach! Rzym mnie zranił! Byłoby czymś naprawdę słusznym i sprawiedliwym powtarzać samemu sobie z łagodnością słowa prawdy, proste słowa nadprzyrodzonej prawdy zaczerpnięte z katechizmu, tak by nie powiększać istniejącego zła, lecz raczej pozwolić dać się głęboko przekonać nauce zaczerpniętej z objawienia, że pewnego dnia Rzym zostanie uleczony, a fałszywy „Kościół” zostanie zdemaskowany i nagle obróci się w proch. Jego siła bierze się bowiem przede wszystkim z faktu, że jego kłamliwa nauka, prezentowana jako prawda, nie została odrzucona przez hierarchów. W samym centrum tego nieszczęścia chciałoby się przemawiać słowami, które współbrzmią z tajemniczym, bezsłownym szeptem Ducha Świętego w samym sercu Kościoła. Ale od czego zacząć? Bez wątpienia przywołując pierwszą prawdę dotyczącą zwierzchnictwa Jezusa Chrystusa nad Kościołem. Zechciał On, by Jego Kościół miał swoją widzialną głowę w osobie Biskupa Rzymu, który jest Jego ziemskim zastępcą i jednocześnie biskupem wszystkich biskupów, całej trzody Pańskiej. Przekazał mu prerogatywę Skały, tak by gmach Kościoła nigdy nie runął. Modlił się, by przynajmniej on, spośród wszystkich innych biskupów, nie doprowadził wiary do ruiny; aby, nawróciwszy się po wszystkich upadkach, które musiały mu być oszczędzone, utwierdzał swoich braci w wierze – lub jeśli on sam tego nie uczyni, aby z pewnością dokonał tego jeden z jego najbliższych następców. Jest to niewątpliwie pierwsza pocieszająca myśl, którą Duch Święty podaje nam w tych smutnych dniach, w których Rzym – przynajmniej częściowo – doświadcza najazdu sił ciemności: nie ma Kościoła bez nieomylnego, obdarzonego prymatem wikariusza Chrystusowego. Co więcej, bez względu na nędzę ­– nawet w sferze religijnej – swego widzialnego i tymczasowego zastępcy to Pan Jezus jest Tym, który wciąż rządzi Kościołem, Tym, który rządzi swoim zastępcą w rządzeniu Kościołem, Tym, który tak mądrze rządzi, by Jego zastępca nie mógł włączyć swego nadrzędnego autorytetu we wstrząsy ani nie współdziałał w zmienianiu religii. Przez zasługę dobrowolnej i skutecznej męki Chrystusowej Boska moc Jego królowania w niebie sięga aż tak daleko. On przewodzi swemu Kościołowi i od wewnątrz, i z zewnątrz, On też ma władzę nad całym wrogim Mu światem.

Modernistyczna strategia Strategia modernistów przewiduje dwa etapy: po pierwsze, tworzy się równoległą, heretycką hierarchię, której wpływ nakłada się na działania prawowiernej hierarchii; następnie angażuje się ją w działalność duszpasterską, zmierzającą ku „wielkiej odnowie”, która przemilcza lub wypacza prawdy wiary; która odmawia udzielania sakramentów lub sprawuje je w sposób wątpliwy. Wielką przebiegłością modernistów jest używanie tego piekielnego duszpasterstwa zarówno przy fałszowaniu świętej doktryny powierzonej przez Wcielone Słowo Boże hierarchicznemu Kościołowi, jak i przy zmienianiu bądź nawet destrukcji świętych znaków łaski, których Kościół jest wiernym szafarzem. W rzeczy samej Głowa Kościoła zawsze jest nieomylna, zawsze bez zarzutu, zawsze święta, bez żadnych zakłóceń i zastojów w Jej trudzie uświęcania. I ta Głowa jest jedyną władzą dla wszystkich innych, nawet najwyższych, które jedynie dzierżą władzę przez Nią i dla Niej. Ale tą świętą Głową, bez żadnej skazy, całkowicie odłączoną od grzeszników i wyniesioną ponad niebiosa, nie jest papież! Jest nią Ten, o którym List do Hebrajczyków mówi tak doniośle; jest nią Najwyższy Arcykapłan – Jezus Chrystus.

Władza papieska Jezus, nasz Odkupiciel, zanim wstąpił do nieba i stał się niewidzialny dla naszych oczu, zechciał poprzez krzyż ustanowić dla swojego Kościoła ponad i poza licznymi szczególnymi posługami jedną posługę powszechną – widzialnego wikariusza, który samotnie dzierży naczelną jurysdykcję. Nadał mu niniejsze prerogatywy:

„Ty jesteś opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go” (Mt 16, 18).

„Panie, ty wszystko wiesz; ty wiesz, że cię miłuję. Rzecze mu: Paś owce moje” (J 21, 17).

„Ale ja prosiłem za tobą, aby nie ustała wiara twoja; a ty kiedyś, nawróciwszy się, utwierdzaj braci twoich” (Łk 22, 32). Jeśli zatem papież jest widzialnym zastępcą Jezusa Chrystusa, który wstąpił do niewidzialnych niebios, nie jest nikim więcej, jak tylko wikariuszem, vices gerens (‘pełniący zastępstwo’); pełni czyjś urząd, ale pozostaje sobą. Łaska, która nadaje życie Mistycznemu Ciału, nie pochodzi od papieża. Ta łaska, tak samo dla papieża, jak i dla nas, pochodzi od jedynego Pana – Jezusa Chrystusa. Tak samo ma się rzecz ze światłem Objawienia. Papież ma swoją szczególną rolę jako strażnik środków łaski – siedmiu sakramentów – podobnie jak objawionej prawdy. Otrzymuje specjalną pomoc, żeby być strażnikiem i wiernym sługą. Ale jeśli papież ma otrzymywać to specjalne wsparcie w wykonywaniu swej władzy, nie może zaniedbywać jej wykonywania. Ponadto, chociaż jest chroniony przed popadnięciem w błąd, gdy angażuje nieomylność, może się mylić w innych przypadkach. Ale nawet błąd popełniony przez papieża w sprawach, które nie angażują jego nieomylności, nie powstrzymuje jedynej Głowy Kościoła, niewidzialnego Arcykapłana, od nieustannego rządzenia swym Kościołem; nie pozbawia też Jego łaski skuteczności ani Jego prawa słuszności. Pomimo tego błędu Chrystus może przecież ograniczać miarę upadków swego widzialnego zastępcy lub też powołać, bez zbędnej zwłoki, nowego, godnego papieża, który naprawi zepsucie lub zniszczenie dopuszczone przez jego poprzednika. Dzięki temu nieudolność, słabość czy nawet jakaś zdrada ze strony papieża nie trwają dłużej niż jego ziemska egzystencja. Pan Jezus po swym wniebowstąpieniu wybrał i ustanowił 263 papieży. Niektórzy, niezbyt wielu, byli tak wiernymi wikariuszami, że wzywamy ich świętego wstawiennictwa jako przyjaciół Boga. Jeszcze mniejsza jest liczba tych, którzy dokonali bardzo poważnych nadużyć. Większość jednak wiernie wypełniała swe obowiązki, ale żaden z nich, piastując urząd papieski, nigdy nie zdradził i nie mógłby zdradzić [Chrystusa] do tego stopnia, by na mocy swego autorytetu wprost nauczać herezji. Biorąc pod uwagę, że jest to prawdziwe w przypadku każdego papieża z osobna i wszystkich ich razem w relacji do królującej w niebie Głowy Kościoła, w obliczu słabości konkretnego papieża nie wolno nam zapominać o trwałości i świętości władzy naszego Zbawiciela ani o Jego mądrości i mocy. Trzyma On bowiem w swojej prawicy nawet niegodnych papieży i który utrzymuje ich niegodziwość w ściśle określonych granicach. Aby jednak pokładać tę ufność w najwyższą, niewidzialną Głowę Kościoła, nie usiłując równocześnie negować poważnych upadków, od których, pomimo swych prerogatyw, Biskup Rzymu, widzialny zastępca [Chrystusa], dzierżca kluczy do królestwa niebieskiego, nie jest bynajmniej wolny; aby pokładać w Panu Jezusie to realistyczne zaufanie nie usiłujące obejść jakoś tajemnicy następcy Piotra obdarzonego specjalnymi przywilejami, ale też podlegającego ludzkim słabościom; aby ten przytłaczający nas niepokój mógł zostać ukojony teologiczną cnotą nadziei, jaką pokładamy w Najwyższym Kapłanie – jest oczywiste, że nasze życie wewnętrzne musi być skoncentrowane na Jezusie Chrystusie, a nie na papieżu. To oznacza, że nasze życie wewnętrzne – z całym szacunkiem dla papieża i hierarchii – nie może się opierać na hierarchii i papieżu, ale na Boskim Kapłanie, Kapłanie, który jest Słowem Wcielonym, Odkupicielem, od którego widzialny, naczelny wikariusz zależy bardziej nawet, niż pozostali kapłani. Bardziej niż inni, ponieważ ze względu na swój wyjątkowy urząd znajduje się on pod szczególną opieką Jezusa Chrystusa. Bardziej niż inni, w bardziej dostojny i niepowtarzalny sposób, nie może zaprzestać utwierdzania swych braci w wierze. Kościół nie jest mistycznym ciałem papieża – Kościół wraz z papieżem jest Mistycznym Ciałem Chrystusa. Gdy wewnętrzne życie chrześcijan jest coraz bardziej skupione na Chrystusie, nie popadają oni w rozpacz, nawet gdy cierpią z powodu upadków papieża, czy będzie to Honoriusz I, czy rywalizujący ze sobą papieże średniowiecza, czy też – nie daj Boże! – papież, który ulegnie błędom szerzonym przez modernizm. Jeśli Chrystus Pan jest zasadą i duszą życia wewnętrznego chrześcijan, nie muszą oni oszukiwać samych siebie w kwestii upadków papieża, by nadal być pewni jego władzy; wiedzą, że te grzechy nigdy nie osiągną takich rozmiarów, by Jezus Chrystus zaprzestał rządzić swoim Kościołem, ponieważ błędy Jego zastępcy nigdy nie będą w stanie pozbawić Go tej władzy. W dalszym ciągu Pan będzie prowadzić takiego ulegającego błędom papieża, strzegąc go od zaangażowania jego autorytetu do wypaczania wiary, którą otrzymał z nieba.

Prawdziwe posłuszeństwo Życie wewnętrzne skoncentrowane na Jezusie Chrystusie, a nie na papieżu, nie ignoruje bynajmniej papieża: w przeciwnym razie przestałoby być chrześcijańskim życiem wewnętrznym. Wewnętrzne życie skupione na osobie Pana Jezusa uwzględnia urząd wikariusza Jezusa Chrystusa i posłuszeństwo temu wikariuszowi, na pierwszym miejscu stawia jednak Boga. Innymi słowy, posłuszeństwo papieżowi, nie będąc bynajmniej posłuszeństwem bezwarunkowym, jest zawsze praktykowane w świetle wiary i prawa naturalnego. Żyjemy przez i dla Jezusa Chrystusa, dzięki Jego Kościołowi, rządzonemu przez papieża, któremu podlegamy we wszystkim, co leży w jego kompetencjach. Nie żyjemy przez i dla papieża, tak jakby wysłużył on dla nas wieczne zbawienie – dlatego chrześcijańskie posłuszeństwo nie zawsze i nie we wszystkim może utożsamiać papieża z Jezusem Chrystusem. Zazwyczaj wikariusz Chrystusa rządzi godnie, zgodnie z Tradycją apostolską, nie wywołując znaczących konfliktów w sumieniach posłusznych katolików. Ale czasami może być i odwrotnie. Może zdarzyć się i tak, że wierni będą sobie zadawać pytanie: jak mamy pozostać wierni Tradycji, postępując zgodnie z rozkazami papieża? Życie duchowe syna Kościoła, który porzuca artykuły wiary dotyczące papieża, zaniedbuje posłuszeństwo jego prawowitym rozkazom i modlitwę się za niego, przestaje być życiem katolickim. Z drugiej strony wewnętrzne życie, które opiera się na bezwarunkowym posłuszeństwie papieżowi, ślepo, zawsze i we wszystkim, jest wewnętrznym życiem podporządkowanym z konieczności względom ludzkim, przywiązanym do stworzeń, życiem narażonym na pokusy kompromisu. Prawdziwy syn Kościoła, przyjmując całym sercem artykuły wiary dotyczące wikariusza Chrystusowego, wiernie modli się za niego i okazuje mu posłuszeństwo, ale jedynie w prawdzie, to znaczy tylko wówczas, gdy papież zachowuje i przestrzega nietkniętej Tradycji apostolskiej i zasad prawa naturalnego.

Święty Kościół, grzeszni ludzie Zwróćmy uwagę na wspaniałą modlitwę na początku kanonu rzymskiego, w której kapłan, błagając z powagą najłaskawszego Ojca przez Jego Syna Jezusa Chrystusa, by uświęcił nieskalaną ofiarę składaną „pro Ecclesia tua sancta catholica – za Twój święty Kościół katolicki”, kontynuuje: „una cum famulo tuo Papa nostro… et Antistite nostro… – wraz ze sługą Twoim Papieżem naszym… i Biskupem naszym…”. Kościół nigdy nie wyobrażał sobie, że mógłby się modlić „una cum SANCTO famulo tuo Papa nostro et SANCTO Antistite nostro… – wraz ze ŚWIĘTYM sługą Twoim Papieżem naszym i ŚWIĘTYM Biskupem naszym…”, podczas gdy każe mówić kapłanowi: „za Twój ŚWIĘTY Kościół”. Papież, w przeciwieństwie do Kościoła, niekoniecznie musi być święty. Kościół jest święty, nawet mając grzesznych członków, do których i my się zaliczamy; grzesznych członków, którzy niestety nie są święci bądź też nie dążą do świętości. Może się nawet zdarzyć, że w tej kategorii znajdzie się również papież. Tylko Bóg to wie. W żadnym razie nie powinniśmy się gorszyć na widok takiego położenia wikariusza Chrystusowego, nie powinniśmy się gorszyć, gdy Kościół doświadcza cierpień – niekiedy bardzo okrutnych – ze względu na kondycję swej widzialnej głowy. Nie wolno nam się gorszyć, gdyż nawet jako poddani papieża nie mamy obowiązku podążać za nim na ślepo, bezwarunkowo, zawsze i we wszystkim.

Prawo świeckich Chrystus Pan rządzi swoim Mistycznym Ciałem przez papieża i podporządkowaną mu hierarchię w taki sposób, że Kościół może być zawsze pewien posiadania i właściwej interpretacji własnej Tradycji. Odnośnie do prawd katechizmowych, celebracji Najświętszej Ofiary i sakramentów, zasadniczej struktury hierarchii, stanów życia i powołania do doskonałej miłości, innymi słowy odnośnie do wszystkich najważniejszych kwestii Kościół cieszy się asystencją Bożą w taki sposób, że każdy ochrzczony katolik, posiadający wiarę, dobrze wie, czego musi się trzymać. Dlatego gdy prosty chrześcijanin, odwołując się do Tradycji w jakiejś kwestii powszechnie znanej, odmawia posłuszeństwa kapłanowi, biskupowi, konferencji episkopatu, a nawet papieżowi, którzy w tej kwestii niszczą Tradycję, nie okazuje w ten sposób – jak niektórzy twierdzą – znamion charakterystycznych dla pychy czy polegania na własnym osądzie, ponieważ nie jest bynajmniej oznaką pychy lub niesubordynacji odwoływanie się w tych sprawach do Tradycji ani też odmowa jej porzucenia. Niezależnie czy konferencje episkopatów, czy raczej sekretariaty kongregacji rzymskich są odpowiedzialne za to, że katoliccy kapłani odprawiają Msze bez jakichkolwiek oznak adoracji, bez zewnętrznych oznak wiary w święte tajemnice, każdy wierny katolik wie, że nie wolno sprawować Mszy w sposób jawnie demonstrujący brak wiary. Ten, kto odmawia uczestnictwa w takiej Mszy, nie kieruje się prywatnym osądem, nie jest buntownikiem. Jest wiernym katolikiem trwającym przy Tradycji, która pochodzi od Apostołów i której nikt w Kościele nie może zmienić. Nikt w Kościele, bez względu na swoje stanowisko w hierarchii, nie ma prawa zmieniać Kościoła ani Tradycji apostolskiej. We wszystkich zasadniczych kwestiach Tradycja apostolska jest całkiem jasna. Nie trzeba analizować jej przez szkło powiększające ani być kardynałem lub prefektem jakiejś rzymskiej dykasterii, żeby wiedzieć, co jest z nią sprzeczne. Wystarczy nauka czerpana z katechizmu i udziału w liturgii z okresu poprzedzającego modernistyczne zepsucie. Zbyt często, gdy chodzi o kwestię łączności z Rzymem, wierni i kapłani byli formowani przez obawę, częściowo światową, w taki sposób, że reagują panicznym lękiem i wyrzutami sumienia, że wolą już niczego nie analizować, bo pierwszy lepszy ktoś oskarżył ich o brak łączności z Rzymem. Prawdziwie chrześcijańska formacja, przeciwnie, poucza nas, byśmy starali się o jedność z Rzymem nie powodowani lękiem i bez roztropnego rozeznania, ale w prawdzie i pokoju, z synowską bojaźnią w wierze. Trzeba bowiem przypomnieć że, po pierwsze, w zasadniczych kwestiach Tradycja Kościoła jest skrystalizowana, pewna i niezmienna; po wtóre – że każdy chrześcijanin, pouczony o podstawowych prawdach wiary, poznaje je bez wahania; po trzecie – to wiara, a nie prywatna interpretacja sprawia, że rozpoznajemy te prawdy, podobnie jak nasze przywiązanie do Tradycji wynika z posłuszeństwa, pobożności i miłości, a nie z niesubordynacji; po czwarte – że działania hierarchii czy też słabość papieża, które miałyby na celu podważanie Tradycji lub tolerowałyby próby jej podważania, zostaną pewnego dnia pokonane, gdyż Tradycja zatryumfuje. Ω

Tekst po raz pierwszy opublikowano w przeglądzie „Itinéraires” w 1973 r.; ukazał się również w antologii Brève apologie pour l’Eglise de toujours (‘Krótka apologia Kościoła wszech czasów’, 1987). Przetłumaczyła i skróciła specjalnie dla Angelus Press z wydania francuskiego „SiSiNoNo” („Courrier de Rome”, listopad 2005, s. 1–5) Anna Stinnett.

Tłumaczenie z języka angielskiego (poprawione na podstawie oryginału): Tomasz Maszczyk.

Przypisy:

Czystka (fr. épuration légale) dokonana na kolaborantach, lecz także na francuskich patriotach związanych z rządem Vichy, rozpoczęta po inwazji na Normandię i pod koniec wojny, doprowadziła do śmierci tysięcy Francuzów. Przykładowo wybitny francuski poeta Robert Brasillach został stracony z tego właśnie powodu (por. Sisley Huddleston, France: The Tragic Years, an Eyewitness Account of War, Occupation and Liberation, Devin­Adair Co., 1955).

Słowa pisane w 1973 r., za pontyfikatu Pawła VI.

Za:

O Kościele i papieżu – o. Roger Tomasz Calmel OP cz. II

Tradycja zwycięży W tym punkcie jesteśmy zgodni. Niezależnie od tego jaką – opartą na hipokryzji –broń modernizm włoży w ręce biskupów, a nawet samego Wikariusza Chrystusowego, Tradycja ostatecznie zwycięży: uroczysta forma chrztu, zawierająca egzorcyzmy przeciwko złemu duchowi, nie będzie zarzucona na długo; podobnie jak tradycja nieodpuszczania grzechów poza indywidualną spowiedzią. Również tradycyjna katolicka Msza św. z chorałem gregoriańskim, kanonem i gestami pełnymi szacunku dla świętości, zgodnie z mszałem rzymskim św. Piusa V, wkrótce zajmie należne jej miejsce; z całą pewnością zostanie też przywrócony Katechizm Soboru Trydenckiego – względnie zostanie opracowany nowy, pozostający z nim w pełnej zgodzie. W głównych punktach dotyczących dogmatów, moralności, sakramentów, stanów życia oraz doskonałości, do której jesteśmy wezwani, Tradycja Kościoła pozostaje znana wszystkim jego członkom, bez względu na ich rangę. Trzymają się jej, nie nękani wyrzutami sumienia, nawet gdy należący do hierarchii strażnicy Tradycji usiłują ich zastraszyć lub zniechęcić, nawet gdy ich prześladują z wyrafinowaniem modernistycznej inkwizycji. Pomimo tego wszystkiego zachowują oni niewzruszoną pewność, że trzymając się Tradycji nie odcinają się od widzialnego zastępcy Chrystusa. Wikariusz Chrystusa jest bowiem napełniony przez Zbawiciela taką mądrością, że nie może zmienić Tradycji Kościoła ani sprawić, by popadła ona w zapomnienie. A gdyby tego próbował – albo on sam, albo jego bezpośredni następcy będą zobowiązani do głoszenia na mocy swego urzędu tego, co pozostaje wiecznie żywe w pamięci Kościoła: Tradycji apostolskiej. Oblubienica Chrystusa nie może utracić pamięci.

„Quod ubique, quod semper…” Tym wszystkim, którzy utrzymują, że Tradycja jest synonimem sklerozy lub że postęp osiąga się w wyniku odrzucenia tradycji, innymi słowy tym, którzy wyczarowują miraże absurdalnej filozofii ewolucyjnej, polecam lekturę Commonitorium św. Wincentego z Lerynu i dokładne przestudiowanie historii Kościoła: jego konstytucji, dogmatów, sakramentologii oraz duchowości. Pomoże im to dostrzec zasadniczą różnicę między „postępem” a „błądzeniem”, między „posiadaniem postępowych poglądów” a „postępowaniem wedle słusznych idei”, innymi słowy pomoże odróżnić profectus (‘rozwój’) od permutatio (‘zmiana’). Rozważanie nad próbami, jakim poddawany jest Kościół, może być dla nas w tym czasie bardziej nawet zbawienne i korzystne niż w okresie pokoju. Możemy odczuwać pokusę, żeby postrzegać te próby jedynie jako prześladowania i ataki przychodzące z zewnątrz. Powinniśmy jednak obawiać się przede wszystkim wrogów wewnętrznych: znają oni lepiej słabe punkty, mogą ranić lub zatruwać tam lub wtedy, gdy się tego najmniej spodziewamy; zgorszenia, jakie wywołują, są też zazwyczaj trudniejsze do naprawy. Dlatego też w parafii żadna organizacja antyreligijna nigdy nie poczyni takich spustoszeń wśród wiernych, jak żyjący na wysokiej stopie modernistyczny ksiądz. Analogicznie – prowadzący zeświecczone życie zwykły kapłan wywiera wpływ daleko mniej zgubny niż zaniedbanie lub zdrada ze strony biskupa.

Największe zgorszenie Oznacza to, że jeśli biskup zdradza wiarę katolicką, nawet bez formalnego jej porzucenia, to jest to dla Kościoła znacznie cięższe doświadczenie niż gdy zwykły ksiądz łamie celibat lub też zaprzestaje sprawowania ofiary Mszy świętej. Cóż więc należałoby powiedzieć o próbach, jakim zostałby poddany Kościół, jeśli ich źródłem miałby stać się sam papież, Namiestnik Chrystusa na ziemi? Niekiedy samo postawienie tego pytania wystarcza, by ludzie wzdrygali się jak na słowa bluźnierstwa. Nie chcą nawet myśleć o takim zgorszeniu. Rozumiem ich uczucia. Zdaję sobie doskonale sprawę, że wobec tylu niegodziwości można poczuć się całkowicie zagubionym. „Sinite usque hue – Przestańcie, nic nad to!” (Łk 22, 51), powiedział Chrystus Pan do trzech Apostołów, gdy ludzie arcykapłana przyszli, by Go aresztować, zaciągnąć przed trybunał i uzyskać skazanie na śmierć Tego, który jest Arcykapłanem na wieki. Sinite usque hue. To tak, jakby Pan powiedział: Zgorszenie może rzeczywiście posunąć się aż tak daleko, wy jednak nie zważajcie na to, bądźcie natomiast posłuszni moim słowom: „Czuwajcie i módlcie się, duch bowiem jest ochoczy, ale ciało mdłe”. Sinite ad hue: „Godząc się pić z tego kielicha, wyjednałem dla was wszelkie łaski, podczas gdy wy spaliście i pozostawiliście mnie samego. Zdobyłem dla was też łaskę nadprzyrodzonej siły, która pozwoli wam sprostać każdej próbie, nawet takiej, której poddany jest Kościół wskutek działania papieża. Udzieliłem wam łaski wyjścia obronną ręką nawet z tak niezwykłego zamętu”. Na temat straszliwej próby, w obliczu której staje Oblubienica Chrystusa, mało mówi nam Objawienie, wiele natomiast uczy sama historia Kościoła. Objawienie nigdzie nie mówi bowiem, że papieże nigdy nie zgrzeszą zaniedbaniem, tchórzostwem czy uleganiem duchowi tego świata w głoszeniu i obronie Tradycji apostolskiej. Wiemy, że nigdy nie zgrzeszą nakłaniając wiernych do przyjęcia innej religii: od grzechu tego chroni ich natura piastowanego urzędu. Gdy używają autorytetu w taki sposób, że odwołują się do swojej nieomylności, posiadamy pewność, że przez ich usta przemawia do nas sam Chrystus: jest to przywilej, który posiadają jako następcy świętego Piotra. O ile jednak Objawienie poucza nas o prerogatywach urzędu papieskiego, o tyle jednak nigdzie nie głosi, że nie angażując swej nieomylności, papież nie może nigdy stać się pionkiem w ręku szatana, czy też sprzyjać herezji w pewnych kwestiach. Również Pismo święte nie zawiera twierdzenia, że – choć nie może on formalnie nauczać innej religii – papież nigdy nie posunie się do sabotowania warunków niezbędnych, by bronić religii prawdziwej. Sam modernizm wydaje się znaczącym argumentem na rzecz takiej tezy. Objawienie nie daje nam więc żadnej gwarancji, że Wikariusz Chrystusowy nigdy nie stanie się dla Kościoła źródłem poważnego zgorszenia; mam tu na myśli poważne zgorszenia, nie w zakresie prywatnej moralności, ale w sferze stricte religijnej, w sferze – że tak powiem – wiary i moralności. Historia Kościoła uczy nas, że papieże nie szczędzili Kościołowi tego rodzaju prób, chociaż zdarzało się to rzadko i nie trwało nigdy zbyt długo. Może nam się to wydawać dziwne, biorąc pod uwagę małą liczbę papieży kanonizowanych i czczonych jako przyjaciół Boga i świętych od czasów Grzegorza VII. Jeszcze bardziej zdumiewający jest fakt, że papieże, którzy doświadczyli szczególnie bolesnych prześladowań, jak Pius VI i Pius VII, nigdy nie zostali ogłoszeni świętymi ani przez vox Ecclesiae (‘głos Kościoła’), ani przez vox populi (‘głos ludu’). Jeśli ci papieże, pomimo poniesionych cierpień, nie znosili swego losu z miłością, jaka predestynowałaby ich do wyniesienia na ołtarze, jak może dziwić nas fakt, że inni następcy św. Piotra, którzy postrzegali swoją pozycję przez pryzmat tego świata, dopuścili się poważnych nadużyć lub ściągnęli na Kościół Chrystusowy szczególnie straszne i bolesne doświadczenia? Gdy wierni, kapłani i biskupi, którzy chcą żyć życiem Kościoła, są stawiani w obliczu tak ekstremalnych sytuacji, muszą nie tylko modlić się usilnie w intencji papieża będącego źródłem tak poważnej próby, ale przede wszystkim silnie przylgnąć do Tradycji apostolskiej, Tradycji obejmującej prawdy wiary, mszał i liturgię, zasady życia wewnętrznego i prawdę o wezwaniu do doskonałej miłości w Chrystusie.

Św. Wincenty Ferreriusz W takich okolicznościach szczególnie pouczający jest dla nas przykład świętego dominikanina, który w najbardziej bezpośredni sposób pracował dla papiestwa, duchowego syna świętego Dominika, Wincentego Ferreriusza (ok. 1350–1419). Wincenty Ferreriusz, legat a latere Christi (‘od boku Chrystusowego’), działając jak anioł Apokalipsy, doprowadził – po okazaniu wcześniej nieskończonej wręcz cierpliwości – do złożenia papieża z tronu, był równocześnie (…) nieustraszonym, utalentowanym, pełnym łagodności i działającym cuda misjonarzem, głoszącym Ewangelię niezmierzonym rzeszom ludu chrześcijańskiego. Nosił w swoim sercu Apostoła – tak wytrwale, uparcie i z najgłębszych pobudek – nie tylko Najwyższego Pasterza, tak zawziętego, upartego i enigmatycznego, ale także całą owczarnię Chrystusową, rzesze prostego, pokornego ludu, „turba magna ex omnibus gentibus et tribubus et populis et linguis – ze wszystkich narodów i pokoleń i ludów i języków” (Ap 7, 9). Św. Wincenty wiedział, że ówczesny Wikariusz Chrystusa nie troszczył się bynajmniej o wierną służbę Kościołowi świętemu. Papież stawiał ponad wszystko inne osobistą, powodowaną dwuznacznymi przesłankami żądzę władzy. Jeśli jednak przynajmniej sami wierni zachowali zmysł Kościoła, jeśli starali się żyć w zgodzie z dogmatami i sakramentami przekazanymi poprzez Tradycję apostolską, jeśli nad osłabionym i spustoszonym światem chrześcijańskim nadal wiał jeszcze wiatr czystej i pokornej modlitwy, musiał pojawić się również z czasem obdarzony prawdziwą pokorą Wikariusz Chrystusa, posiadający świadomość ciążących na nim obowiązków i starający się jak najlepiej z nich wywiązać. Jeśli lud chrześcijański będzie potrafił odkryć zasady życia zgodnego z Tradycją apostolską, Wikariusz Chrystusa nie będzie zaniedbywać swych obowiązków z zakresu głoszenia i obrony tej Tradycji, ani zawierać niebezpiecznych w tej dziedzinie kompromisów. Po złym lub wprowadzonym błąd papieżu musi nastąpić papież dobry, a nawet święty.

Godna trzoda, godny pasterz Stanowczo zbyt wielu świeckich, kapłanów i biskupów w tych czasach wielkiego zamętu, gdy Kościół doświadcza prób będących rezultatem postępowania papieża, pozostaje całkowicie – lub niemal całkowicie – biernymi. Zgodzą się oni co najwyżej na odmawianie kilku modlitw, natomiast będą się wymawiać nawet od codziennego różańca: pięciu dziesiątek Ave ofiarowanych Niepokalanej dla uczczenia Jej życia ukrytego oraz Męki i Chwały Chrystusa Pana. Nie wykazują też specjalnego zapału do pogłębiania znajomości tej części Tradycji apostolskiej, która bezpośrednio dotyczy ich samych: dogmatów, liturgii, życia wewnętrznego (postęp w życiu wewnętrznym jest bowiem oczywiście częścią Tradycji apostolskiej). Ludzie, przyzwyczajeni do letniości i kompromisów, ponoszą dodatkową szkodę na widok papieża, nie wykazującego stosownej gorliwości w kwestii obrony Kościoła Tradycji apostolskiej (…) Taka reakcja jest jednak niewłaściwa. Im bardziej potrzebujemy świętego papieża, tym bardziej sami musimy – dzięki łasce Bożej i trzymając się usilnie Tradycji – stawiać kroki na drodze ku świętości. Wówczas Pan Jezus da w końcu swej owczarni widzialnego pasterza, który będzie starał się być godnym swego urzędu. Tego właśnie uczy nas życie św. Wincentego Ferreriusza, przypadające na apokaliptyczny czas poważnych uchybień ze strony bi...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • achim.pev.pl