391. Leclaire Day - Bal Kopciuszka 02 - Nie ma tego złego, harlekinum, Harlequin Romance

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Leclaire Day

Nie ma tego złego

 

 

PROLOG

 

 

Park Slope w Brooklynie, Nowy Jork

 

Nikki oparła się o ścianę i zamknąwszy oczy, usiłowała się opanować. Słyszała bezlitośnie szczerą rozmowę siostry, a każde słowo raniło ją boleśnie.

- Wybacz - powtórzyła Krista - ale nie rozumiem, po co dzwonisz, skoro już znasz moją odpowiedź. Nie mogę. Jestem to winna Nikki. Nie opuszczę jej teraz.

Czemu nie mogłam tego pojąć, zastanawiała się Nikki. Dlaczego nie zauważyłam, że potrzeby Kristy są już całkiem inne niż siedem lat temu?

- Dlatego, że jest moją siostrą! - Krista podniosła głos. - Zrezygnowała ze wszystkiego, żeby się mną zająć. Co mam jej powiedzieć? Dziękuję, że uratowałaś mi życie, ale teraz cześć, postanowiłam wyprowadzić się do koleżanki?

Uratowałam jej życie? - zdziwiła się Nikki. Zrobiłam przecież tak niewiele. Przyjęcie Kristy do domu po śmierci jej męża wydawało się jedynym logicznym rozwiązaniem. Rodzina przede wszystkim, zawsze powinna być na pierwszym miejscu.

- Nie mogę i już! Po tym, jak poświęciła się dla mnie, mogę zaoferować jej choć tyle. Ma tylko Keli i mnie. Zostaniemy, dopóki będziemy jej potrzebne.

Nikki nie chciała słuchać dalej. Po cichu przeszła przez hol do małego pokoiku służącego jej za gabinet. Otworzyła górną szufladę biurka i wyjęła z niej grubą, pozłacaną kopertę. Znajdujący się wewnątrz elegancki bilet ciążył niczym ołów. Grawerowany kawałek złocistego metalu wydawał się rozwiązaniem jej problemów.

Modliła się, by móc uniknąć tak drastycznego rozwiązania. Opanowała zduszony śmiech. Kupiła ten bilet na wszelki wypadek, bo sytuacja w pracy stała się nie do zniesienia. Nie spodziewała się, że znajdzie się drugi powód do skorzystania z niego. Podsłuchana przypadkiem rozmowa Kristy zamknęła jej inne drogi wyjścia.

Powoli wyjęła z koperty aksamitną sakiewkę. Znajdująca się wewnątrz sztabka błysnęła, napełniając pokój olśniewającym, złotym blaskiem. Wielu ludziom taki bilet mógł obiecywać spełnienie marzeń. Czemu więc jej kojarzył się z koszmarem?

Niechciana łza spłynęła po policzku Nikki.

 

 

 

 

 

Chicago, Illinois

 

- Och, Jonah, przyszedłeś, Bogu dzięki. - Della Sanders rzuciła się synowi w objęcia i uścisnęła go mocno.

- Czyżbyś w to wątpiła? - Cień uśmiechu rozjaśnił ponure oblicze Jonaha Alexandra. Delikatnie przytulił matkę.

Della była drobną kobietą, emanującą energią i emocjami, Jonah przez całe życie obserwował, jak matka nieświadomie roztacza wokół siebie czar. W jej orzechowych oczach widniała prostolinijność, która w połączeniu z nieśmiałym uśmiechem zniewalała przeciwników i pozwalała opanować trudne sytuacje. Tymczasem rodzaj pracy jej drugiego męża powodował, że trudności stanowiły raczej regułę niż wyjątek. Mimo to Della zawojowała Lorena Sandersa, chłodnego i opanowanego starego kawalera, w niecałe pięć sekund.

Zerknęła przez ramię na męża i uśmiechnęła się lekko.

- Loren nie był do końca przekonany, czy zechcesz wyciągnąć Erica z jego nowych tarapatów - westchnęła z ulgą. - Mówiąc szczerze, ja również. Tym razem Eric naprawdę napytał sobie biedy.

Jonah podał rękę ojczymowi.

- Nie powinieneś zwlekać z powiadomieniem mnie, Loren. Wiesz przecież, że rodzinę zawsze stawiałem na pierwszym miejscu.

Jeszcze jako zbuntowany, gniewny nastolatek, Jonah przekonał się ku swemu zaskoczeniu, że ojczym odpowiada mu zarówno pod względem intelektualnym, jak i emocjonalnym. Zostali przyjaciółmi. W dodatku głębokie uczucie, jakie od dwudziestu pięciu lat Loren żywił niezmiennie do jego matki, zaskarbiło mu podziw i wdzięczność Jonaha.

- Zawsze byłeś dobrym bratem dla Erica - powiedział Loren. - Jednak europejskie interesy tak cię pochłaniały, że nie chcieliśmy cię tym obciążać. Poza tym, aż do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy z powagi sytuacji. Mamy jednak nadzieję, że jeszcze nie jest za późno.

Jonah wypuścił z ramion matkę i podszedł do wielkiego okna zajmującego prawie całą ścianę. Z apartamentu Sandersów roztaczał się imponujący widok na jezioro Michigan. W innej sytuacji z całą pewnością skupiłby się na jego podziwianiu.

- Opowiedzcie mi o wszystkim - poprosił, odwracając się plecami do szklanej tafli.

- Eric związał się z mężatką - oświadczyła Della. - W dodatku starszą od siebie.

To niezbyt mądre posunięcie ze strony Erica, ale jeszcze nie powód do tragedii, pomyślał Jonah.

- I?

- Ona pracuje u nas - wyjaśnił Loren. - Ten związek przeszkadza zarówno jemu, jak i jej. Omal nie stracili przez to rachunku Dearfielda.

Jonah zaklął pod nosem. Musi być bardzo źle, skoro Eric przedkłada tę kobietę nad jednego z najważniejszych klientów. Co on sobie wyobraża? Najwyraźniej przekazanie nowojorskiej filii firmy przyrodniemu bratu wcale nie pomogło mu wydorośleć.

- Czy ją znam?

- Nazywa się Nikki Ashton i jest…

- …szefową Projektów Specjalnych. Owszem, słyszałem o niej, ale chyba nigdy jej nie spotkałem. - Jonah pomasował kark, usiłując skoncentrować się pomimo zmęczenia. - Zatrudniłeś ją zaraz po moim wyjeździe do Londynu. Jak wygląda?

- Uderzająco piękna kobieta, typ długonogich rudzielców.

- Loren - obruszyła się Della - wiesz, że nie znoszę, kiedy wciskasz ludzi w stereotypy.

Loren potarł szpakowate wąsy i przepraszająco wzruszył ramionami.

- Wybacz, kochanie. Stare nawyki trudno wykorzenić.

- Wywalcie ją - poradził bez namysłu Jonah.

- Obawiam się, że nie możemy - chrząknął z zażenowaniem Loren.

- Czemu nie?

- Bo firma jej potrzebuje. Po pierwsze, ponieważ jest doskonała - przyznał - a po drugie, dlatego, że została nominowana do nagrody Lawrence'a J. Baumana. Uroczystość za sześć tygodni. Jak będziemy wyglądali, zwalniając z pracy kogoś o tym formacie?

Jonah zacisnął zęby. Niestety, mieli rację. Biznesmeni płci obojga, przedstawieni do nagrody LJB, byli najbardziej poszukiwanymi pracownikami w całym kraju. Renoma International Investments mogła ponieść niepowetowaną stratę, gdyby z błahego powodu zwolnili potencjalną zwyciężczynię.

- Czy rozmawialiście o tym z Erikiem?

- Nie - przyznała Della. - Mieliśmy nadzieję, że sprawa sama się rozwiąże. Znasz Erica. Zakochuje się i odkochuje w zależności od podmuchu wiatru.

- Oprócz tego razu.

Della skinęła głową, w oczach zalśniły jej łzy.

- Ona musi być wyjątkową kobietą, skoro pozostał przy niej tak długo.

Jonah odwrócił się w stronę okna. Znał Erica wystarczająco długo, by wiedzieć jakie "zalety" musiała mieć kobieta, by przykuć go do siebie na dłużej. Jeśli w jednej dziesiątej jest tak wspaniała, jak twierdzi Loren, zdaje sobie z tego sprawę i używa swych wdzięków do uwodzenia Erica… Braciszek zawsze był łasy na zalotne rudowłose kobiety, o zgrabnych nogach nie wspominając.

- A co z jej mężem? - spytał przez ramię. - Panu Ashtonowi nie przeszkadza, że jego małżonka flirtuje z szefem?

- Wiemy o nim tylko tyle, że wyjechał z kraju na kilka lat - wyznał Loren. - Podejrzewam nawet, że wcale nie nazywa się Ashton. Nikki wyszła za mąż, gdy tylko zaczęła u nas pracować, ale zachowała panieńskie nazwisko. Sprawdzałem w kadrach, nigdy nie podała im żadnych szczegółów. Mąż nawet nie figuruje na liście osób korzystających z rodzinnego ubezpieczenia. Obawiam się, że to ślepa uliczka. - Wzruszył ramionami.

- Nowoczesne małżeństwo - zauważył kwaśno Jonah. Odwrócił się od okna, krzyżując ręce na piersiach. - Dobrze, Loren, czego oczekujesz ode mnie?

- Czy nie mógłbyś przemówić Ericowi do rozumu? - wtrąciła Della, zanim jej mąż zdążył się odezwać. - A może porozmawiasz z panią Ashton? Jeżeli ich związek jest powodem takich kłopotów w firmie, może przenieść któreś z nich?

- Musimy postępować ostrożnie, Della - nachmurzył się Loren. - Potrzebuję Erica w Nowym Jorku. Nie licząc incydentu z tą kobietą, jest filarem filii.

- Widziałem raporty - dodał Jonah. - I miałem nadzieję, że wreszcie poszedł po rozum do głowy.

- Aż do tej ostatniej niedyskrecji. - Loren ze smutkiem spojrzał na swego pasierba. - Z Nikki również musimy obchodzić się w rękawiczkach. Zbyt wiele wie o firmie.

- Myślisz, że mogłaby nam poważnie zaszkodzić? - zapytał Jonah gniewnym tonem.

- Jeśli miałaby taki zamiar - przyznał niechętnie Loren.

- A może poleciałbyś do Nowego Jorku i sprawdził, co się naprawdę dzieje? - poprosiła Della. Zaniepokojenie zarysowało zmarszczki na jej czole. - Może przesadzamy?

- Jeśli jest, jak mówicie - pokręcił głową Jonah - to słusznie się martwicie. Gdyby Erie chciał poślubić tę kobietę, byłaby to dla niego tragedia. Ale może nie, może już przestał się nią interesować. A jeśli to jej na nim zależy?

- Nie przyszło mi to do głowy. - Loren zbladł.

- Polecisz jutro rano? - spytała Della, biorąc syna pod rękę.

- Wyjeżdżam natychmiast.

- Musisz być wykończony - zaprotestowała. - Dopiero co przyleciałeś z Londynu. Potrzebujesz snu i…

- Jestem twardy, mamo - uśmiechnął się Jonah. - Nie wierzę również w chorobę odrzutowcową. Oprócz tego, chcę dotrzeć do Nowego Jorku, zanim Erie zorientuje się, że jestem w kraju.

 

 

 

 

Nowy Jork

 

- Jak to, nie ma Erica? - Jonah zaczął tracić cierpliwość. - To gdzie on jest, do cholery?

- Przepraszam, panie Alexander - sekretarka Erica skuliła się na krześle - ale on wyszedł.

- Wyszedł? - Jonah oparł się na biurku. - Czy mogłaby pani być nieco bardziej konkretna, pani Sherborne? Dokąd wyszedł i kiedy wróci?

- Musiał zdążyć na samolot. - Nieśmiało zerknęła w górę. - Jestem jednak prawie pewna, że będzie już w poniedziałek.

- W poniedziałek - powtórzył Jonah. Czyżby ktoś dowiedział się, że wrócił z Londynu i ostrzegł Erica? - Jakaś nagła podróż?

- Bardzo nagła. Chyba ma jakieś interesy poza miastem.

Sądząc z nerwowego zachowania kobiety i rumieńców, które wykwitły na jej policzkach, szanse na to, że Erie zniknął nagle w sprawach czysto służbowych zmalały do zera.

- Gdzie on jest, pani Sherborne? - spytał chłodno Jonah.

- Hm, dokładnie nie jestem pewna - odchrząknęła - ale zamówił bilet do Las Vegas.

- Nevada? Mamy tam jakieś interesy? Nie mieliśmy żadnych klientów ani inwestycji w Nevadzie.

Widać było, że sekretarka cierpi przygwożdżona lodowatym spojrzeniem Jonaha.

- Być może sekretarka pani Ashton będzie wiedziała coś w tej sprawie - wydusiła wreszcie, wyraźnie pragnąc odesłać go do kogoś innego. - Ma na imię Jan i jej biurko stoi po drugiej stronie korytarza.

Jonah zamarł, w jego orzechowych oczach wzbierała furia.

- Sekretarka pani Ashton wie więcej o wyjazdach służbowych Erica niż pani? Jak to możliwe?

- Ależ nie! - przestraszyła się. - Źle mnie pan zrozumiał. Widzi pan, pani Ashton również poleciała do Nevady. Pan Sanders nie powiedział, gdzie się zatrzyma, więc pomyślałam, że skoro jadą razem… - ciągnęła z nieszczęśliwą miną.

Jonah cofnął się, pozwalając jej nabrać oddechu.

- Sądziła pani, że to służbowa podróż, pani Ashton i pan Sanders zatrzymają się w tym samym hotelu, a Jan może znać szczegóły, prawda? - spytał tonem nie pozostawiającym żadnej wątpliwości, że jakakolwiek plotka na ten temat przerwałaby natychmiast karierę sekretarki w International Investment.

W szeroko rozwartych oczach Sherborne błysnęło zrozumienie.

- Tak, to właśnie miałam na myśli.

Bez słowa przeszedł na drugą stronę korytarza. Jan wydawała się dość rozgarnięta, jednak i ona, choć znała sporo szczegółów dotyczących Nikki, nic nie wiedziała o planach Erica. W ciągu paru minut Jonah miał kopię jej terminarza i zarezerwowany najbliższy lot do Las Vegas, a więc kolejny istotny ślad, pomyślał z goryczą.

Nie zwracając uwagi na Jan, wszedł do gabinetu Nikki i zamknął za sobą drzwi. W pokoju panował półmrok, listopadowe słońce pozostawiło ledwie nikłe wspomnienie popołudnia. Niebawem zacznie się piątkowa godzina szczytu. Jonah nawet nie spojrzał na zegarek, by zobaczyć, kiedy powinien wyruszyć na lotnisko La Guardia. Nie pamiętał zresztą, na jaki czas strefowy go nastawił. Wiedział tylko jedno, ta mała ekspedycja poszukiwawcza musi dobiec końca.

Gdy rozglądał się po wnętrzu, poczuł delikatny kwiatowy zapach nie znanych mu dotąd perfum. Mogły należeć tylko do jednej osoby. Wciągnął głęboko powietrze, czując jak zapach Nikki wypełnia mu płuca. Nie był to kojarzony z rudymi rozpustnicami zapach piżma. Zamiast czarnego atłasu i koronek, jej perfumy przywodziły na myśl wiktoriański salonik pełen świeżych kwiatów, słońca i woskowanych mebli.

Pokręcił w zdumieniu głową. Sprytna kobieta. Wiedziała, że ciężki, zmysłowy zapach przebrałby miarę. Erie przejrzałby ją w jednej chwili. Ona jednak była inteligentna. Namiętność skrywana pod maską niewinności rzucała na kolana większość mężczyzn.

Podszedł do biurka i włączył silną lampkę, która roztoczyła krąg białego światła na środku mahoniowego blatu. Dokumenty leżały ułożone w równy stosik, z boku stała oprawiona w ramkę fotografia. Podniósł ją z ciekawości.

Ze zdjęcia spoglądała na niego roześmiana dziewczynka. Nie spodziewał się, że Nikki Ashton może mieć dziecko. Karierowiczki pragnące poślubić szefa rzadko obciążają się potomstwem. Przyjrzał się uważniej fotografii. Dziewczynka nie mogła mieć więcej jak pięć, sześć lat, jej drobnokościstą twarz otaczała burza jasnorudych kędziorków. Obejmowała ją jakaś kobieta. Nikki? Wygląd matki trudno było określić. Większą część jej twarzy zasłaniały rozwiane włosy dziecka. Wyraźnie widać było tylko jasnoniebieskie oczy i włosy o ton ciemniejsze niż u małej.

Niewiele mu to dało.

Odstawił zdjęcie na miejsce i rozejrzał się, szukając czegoś bardziej osobistego, co przybliżyłoby mu Nikki. Niestety, cały pokój i biurko były dokładnie wysprzątane. Na oknie stało kilka doniczek ze zmarniałymi kwiatkami. To go zainteresowało. Kwiatki mogły stanowić klucz do jej osobowości, ale zmęczenie i protestujący zegar biologiczny nie pozwalały mu się skupić. Później. Przemyśli to, kiedy będzie miał czas.

W końcu, cóż innego mogą oznaczać te zmarniałe kwiatki, jak nie kogoś, kto nie ma ręki do roślin, ale najwyraźniej tym się nie przejmuje?

Wreszcie zajął się jej terminarzem leżącym w pobliżu lampy. Bez skrępowania naruszył jej prywatność, pospiesznie wertując kartki. Znalazł pozłacaną kopertę wetkniętą między środę a czwartek. Była pusta, nie licząc małej, prostokątnej karteczki. Wyjął ją i przestudiował uważnie.

- Bal Kopciuszka - przeczytał - "Henrietta i Donald Montague życzą powodzenia w poszukiwaniu małżeńskiego szczęścia". Adres i data.

Dzisiejsza.

Nie potrzebował dużo czasu, by wszystko pojąć. Nikki poleciała do Nevady na jakiś bal ze ślubami. Przeciągnął dłonią po włosach. Mogło to oznaczać tylko jedno. Pani Ashton pozbyła się dotychczasowego małżonka i znów była do wzięcia. Erie bez wątpienia miał zostać oblubieńcem.

O, nie! Oczywiście, jeśli zdoła coś na to zaradzić. Gdy uda mu się schwytać piękną i podstępną panią Ashton, ta gorzko pożałuje, że chciała się związać z jego rodziną. Dopilnuje tego osobiście.

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ  PIERWSZY

 

Bal Kopciuszka - Forever, Nevada

 

Nikki Ashton przekroczyła próg sali balowej, usiłując ukryć zdenerwowanie pod maską obojętności. Nie miała żadnych wątpliwości. Musiała postradać zmysły.

Jak mogła uwierzyć, że małżeństwo jest rozwiązaniem jej wszystkich problemów? Jak mogła w ogóle wejść do tej sali pełnej obcych ludzi, by znaleźć mężczyznę, który przez re...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • achim.pev.pl